22 févr. 2012

Mount Aspiring National Park–suite/druga odsłona

Nous n’avons pas eu plus de chance aujourd’hui pour découvrir le parc. On a choisi une balade qui s’est avérée très technique et surtout impraticable avec le porte-bébé. Sans parler du Dracula de West Coast, la redoutable blackfly, mieux connu sous le nom de sandfly. Elles (parce que c’est les femelles qui attaquent) nous ont attaqué sans merci et se comptaient par milliers! Leur but: sucer un peu de notre sang pour la production de leurs œufs. Elles injectent un anticoagulant qui fait que les blessures ont du mal à se soigner. Et qu’est-ce que ça gratte! On en a malheureusement fait l’expérience dès le départ de notre périple. Je dirai même qu’il est plus facile d’associer la NZ avec la sandfly qu’avec le kiwi (oiseau), qu’on a très peu de chances de voir, sauf en pelucheSourire.
Max a fait une autre courte balade, le Haast Pass lookout, en profitant de la sieste d’Ivo. Mais comme le temps est un peu plus couvert aujourd’hui, les vues n’étaient pas aussi impressionnantes que la veille. Et d’ailleurs l’endroit n’était pas magnifique. En quittant le parc on s’est arrêté sur la route pour une petite marche de 20 minutes à travers la forêt de fougères pour voir une cascade. La cascade était jolie mais c’est surtout les fougères qui nous ont impressionné.
Ce soir on dort dans un endroit assez calme, infesté de sandflies, mais avec une vue incroyable sur la mer. Rien que pour nous.
------------------------------------------------------------------------
Dziś nie mieliśmy wiele więcej szczęścia przy zwiedzaniu parku. Wybraliśmy trasę, która okazała się dość trudnam a przede wszystkim niewykonalna z plecaczkiem, w którym nosimy Iva. Nie wspominając o Drakuli Zachodniego Wybrzeża, krwiożerczej blackfly, lepiej znanej jako sandfly. Zaatakowały nas (bo oczywiście atakują samice) bezlitośnie i były ich całe rzesze! Ich cel: wyssać nam trochę krwi do produkcji swoich jaj. Wpuszczają ugryzionemu substancję przeciwko krzepnięciu krwi, co powoduje, że ukąszenia źle się goją. A jak swędzi! Niestety przekonaliśmy się już na początku naszej wyprawy. Powiedziałabym nawet, że łatwiej kojarzyć NZ z sandfly niż z kiwi (ptakiem), którego raczej nie zobaczymy, chyba że w formie maskotkiSourire.
Max poleciał na jeszcze jedną krótką wycieczkę, Haast Pass lookout, korzystając ze siesty Iva. Ale ponieważ dziś było bardziej pochmurno, widoki były mniej zachwycające niż dzień wcześniej. A i sama trasa nie była nadzwyczajna. Wyjeżdżając z parku, zatrzymaliśmy się po drodze na mały dwudziestominutowy spacer przez las paprociowy aż do wodospadu. Wodospad był ładny, ale to paprocie zrobiły na nas największe wrażenie.
Dziś wieczorem śpimy w dość spokojnym miejscu, w którym roi się od sandflies, ale mamy wspaniały widok na morze. Tylko dla nas.

Aucun commentaire: